Lato się kończy,już czas na przetwory na zimę. Kiedyś robiło się je,bo w sklepach nie można było dostać,albo były drogie. Dziś robi się je,żeby uniknąć wszechobecnej chemii.
Tata uszczęśliwił mnie sporym kartonem jabłek z ogródka i 3kg aronii. Trzeba było zakasać rękawy i zużyć
świeżo zerwane dobra:))
SOK Z ARONII
Aronię należy przemrozić,żeby pozbyć się goryczy. Czyli włożyć ją do zamrażalnika i potrzymać ze 2-3 dni,a może być i dłużej.
Po wyjęciu aronię wsypać do garnka,przynajmniej trochę rozmrozić,wlać ok 1 szklanki wody na litr owoców i obficie posypać cukrem.
Kiedy aronia się już nieco pogotuje i puści sok,należy obrać jabłka-wystarczy 1/4 objętości aronii-i dorzucić je do gotujących się owoców.
Kiedy jabłka zmiękną,należy odcedzić sok (owoców nie wyrzucać-zrobi się z nich dżem),zagotować,dodając do smaku nieco cukru waniliowego i soku z cytryny,a jeśli sok jest za mało słodki-dosłodzić.
Gorący sok należy wlać do wyparzonych słoików lub butelek,mocno zakręcić suchymi,wyparzonymi zakrętkami i zawekować-gotując w garnku wyłożonym ściereczką ok 15 minut od momentu zagotowania wody. Sok jest doskonały do herbaty i do wody mineralnej :))
DŻEM Z ARONII I JABŁEK
Owoce,które zostały po przygotowaniu soku-aronię i jabłka-należy zmiksować w robocie kuchennym na gładką masę,chyba,że ktoś lubi dżem z większymi kawałkami owoców,wtedy miksujemy krócej,albo odkładamy część owoców aronii i dodajemy je pod sam koniec dżemowania.
Zmiksowaną masę wykładamy do garnka i na niezbyt dużym ogniu zaczynami dusić,często mieszając,żeby dżem się nie przypalił. Można dosypać cukru do smaku,jeśli jest za mało słodki,a także dodać cynamonu-co wzbogaci smak dżemu. Nie należy już dolewać wody,chyba,że dżem jeszcze nie jest gorący,a już się przypala.
Kiedy jest już gorący i smakuje tak słodko,jak lubimy-nakładamy go do wyparzonych słoików,mocno zakręcamy suchymi,wyparzonymi zakrętkami i wekujemy-jw-czyli garnek,ściereczka,woda do 3/4 wysokości słoików i 15 minut gotowania od chwili,kiedy woda zawrze.
I oto mamy doskonały dżemik do rogalików,naleśników i jako nadzienie do drożdżówek.:))
MARMOLADA Z JABŁEK
Dowolną ilość jabłek obieramy,wydrążamy z pestek i w robocie kuchennym przerabiamy na wiórki. Można je zetrzeć na tarce o grubych oczkach,ale to bardzo pracochłonne,więc już lepiej je ewentualnie pokroić w ćwiartki.
1/4 jabłek we wiórkach odkładamy,resztę wrzucamy do garnka,przesypujemy cukrem i przykrywamy pokrywką. Gotujemy na niezbyt dużym ogniu,żeby się nie przypaliły,w razie konieczności dodając odrobinę wody.
Kiedy jabłka się już rozpadają,dodajemy sok z cytryny do smaku i cynamon,a następnie jeszcze przez chwilę gotujemy.
Potem dodajemy odłożone wcześniej starte jabłka i nadal gotujemy. Kiedy dodane pózniej jabłka zmiękną,
sprawdzamy,czy smak marmolady jest tak doskonały,jak chcieliśmy. Jeśli tak-gorącą marmoladę wkładamy do wyparzonych słoików,zakręcamy i wekujemy-dokładnie tak samo jak inne przetwory,które opisałam powyżej.:))
Marmolada jest doskonała do szarlotki,naleśników i do wszystkiego,do czego fantazja kulinarna każe wam jej użyć.
Teraz już chyba całkiem przyjemnie będzie oczekiwać na coraz dłuższe,jesienne wieczory i szybko nadchodzące,zimowe popołudnia? ;)))
niedziela, 1 września 2013
Marzenie wędkarza,koszmar gospodyni-czyli klopsiki rybne w occie
Mój Tata to zapalony wędkarz. Kiedy tylko temperatura podnosi się na tyle,że nie obawia się zamarznięcia,zaczyna się wypuszczać na coraz dłuższe wycieczki nad wodę,żeby moczyć wędkę. Apogeum tego szaleństwa przypada na lato,kiedy to Tata całe tygodnie potrafi spędzać pod namiotem oddając się ulubionej rozrywce. Problem w tym,że on te ryby rzeczywiście łowi,a potem zwozi je do domu i co wtedy??
Ile można jeść rybę z grilla,albo smażoną w dzwonkach na patelni? W końcu przychodzi ten trudny moment,kiedy wszyscy mamy dość świeżej rybki,a Tatowy połów zaczyna wypełniać zamrażarki w domu.
Doskonały sposób na pozbycie się tych kilogramów ryb to zrobić klopsiki w zalewie octowej i zawekować.
A robi się to tak:
RYBĘ w całości,albo w dużych kawałkach,jeśli jest duża,wrzucamy do gara z wodą,dodajemy trochę soli,liść laurowy i ziele angielskie i podpalamy gaz po garem
kiedy woda z rybą się zagotuje,natychmiast rybę wyciągamy i odstawiamy,żeby ostygła
następnie obieramy ją ze skóry i ości-po wyjęciu z wrzątku skóra i ości wychodzą bez problemu
-namaczamy w mleku bułkę,lub dwie,zależy,ile jest tej ryby
-w robocie mielimy rybę,namoczoną i odciśniętą bułkę,można dodać czosnek i cebulę
-masę doprawiamy jak kotlety mielone-jajko,przyprawy,bułka tarta
-małe kotleciki lub kuleczki obtaczamy w bułce tartej i smażymy na dowolnym tłuszczu
-kiedy wystygną,pakujemy je do wyparzonych słoików,zalewamy zalewą octowa,dobrze zakręcamy suchymi,wyparzonymi pokrywkami i gotujemy w garnku wyłożonym ściereczką ok 15 minut od zagotowania wody; wody w garnku powinno być do ok 2/3 wysokości najniższego słoika
-zostawiamy słoiki,żeby sobie spokojnie wystygły
ZALEWĘ robimy w ten sposób:
-na jedną porcję (np szklankę) octu dajemy 3 porcje wody
-dodajemy liść laurowy,pokrojoną dowolnie cebulę,ziele angielskie,sól i odrobinę cukru do smaku
-całość zagotowujemy,smakujemy,czy dobre i tą gorącą zalewą napełniamy słoiki z klopsikami rybnymi
już po 3 dniach można zacząć wyjadać klopsiki ze słoika,ale jak poleżą tam dłużej,będą smaczniejsze
smacznego:))
Ile można jeść rybę z grilla,albo smażoną w dzwonkach na patelni? W końcu przychodzi ten trudny moment,kiedy wszyscy mamy dość świeżej rybki,a Tatowy połów zaczyna wypełniać zamrażarki w domu.
Doskonały sposób na pozbycie się tych kilogramów ryb to zrobić klopsiki w zalewie octowej i zawekować.
A robi się to tak:
RYBĘ w całości,albo w dużych kawałkach,jeśli jest duża,wrzucamy do gara z wodą,dodajemy trochę soli,liść laurowy i ziele angielskie i podpalamy gaz po garem
kiedy woda z rybą się zagotuje,natychmiast rybę wyciągamy i odstawiamy,żeby ostygła
następnie obieramy ją ze skóry i ości-po wyjęciu z wrzątku skóra i ości wychodzą bez problemu
-namaczamy w mleku bułkę,lub dwie,zależy,ile jest tej ryby
-w robocie mielimy rybę,namoczoną i odciśniętą bułkę,można dodać czosnek i cebulę
-masę doprawiamy jak kotlety mielone-jajko,przyprawy,bułka tarta
-małe kotleciki lub kuleczki obtaczamy w bułce tartej i smażymy na dowolnym tłuszczu
-kiedy wystygną,pakujemy je do wyparzonych słoików,zalewamy zalewą octowa,dobrze zakręcamy suchymi,wyparzonymi pokrywkami i gotujemy w garnku wyłożonym ściereczką ok 15 minut od zagotowania wody; wody w garnku powinno być do ok 2/3 wysokości najniższego słoika
-zostawiamy słoiki,żeby sobie spokojnie wystygły
ZALEWĘ robimy w ten sposób:
-na jedną porcję (np szklankę) octu dajemy 3 porcje wody
-dodajemy liść laurowy,pokrojoną dowolnie cebulę,ziele angielskie,sól i odrobinę cukru do smaku
-całość zagotowujemy,smakujemy,czy dobre i tą gorącą zalewą napełniamy słoiki z klopsikami rybnymi
już po 3 dniach można zacząć wyjadać klopsiki ze słoika,ale jak poleżą tam dłużej,będą smaczniejsze
smacznego:))
Kopalnie Króla Księgozbiora,czyli co na giełdzie staroci słychać
W moim mieście dwa razy w miesiącu odbywa się giełda staroci. Kilka tygodni temu przejeżdżaliśmy z moim TŻ obok
i bardzo nas to zaciekawiło,bo nigdy żadne z nas na takiej giełdzie nie było. Postanowiliśmy kiedyś zajrzeć.
Kiedyś wypadło kilka dni temu,okazja była ku temu-potrzebny był na gwałt klosz do lampki nocnej,bo za chwilę dziecko wraca z wakacji,a z lampki przy braku klosza wydobywa się taka iluminacja,że oczy bolą.
No to pojechaliśmy na łowy. Nieco pózno pojechaliśmy,więc niektórzy handlarze powoli się już zbierali...
ale co tam oglądaliśmy za cuda :))
Używane ciuchy,buty,naczynia,ozdoby,mosiężne tłuczki,numizmaty,piły ,młotki i inne narzędzia,dzbanki,wazony i lampy,komórki i adaptery,wiklina,niemiecka chemia i słodycze,biżuteria,zabawki...jednym słowem-groch,mydło i powidło :))
No i książki-ceny niewiarygodne-Daukszewicz za 5 zł, Masterton za 7zł,nie miałam siły odejść od stoiska.
Chyba dobrze,że to już była końcówka handlu,bo prawdopodobnie tyle emocji mogłoby mi zaszkodzić.
Spacerowaliśmy tam 3 godziny,które wydawały się nam kilkunastoma minutami. Kupiliśmy dwie książki, western z Clintem Eastwoodem dla Taty,kolczyki w kształcie maleńkich sówek dla Dziecka,niemieckie kakao dla wszystkich, dwa absolutnie cudowne klucze nasadowe dla mojego TŻ,całkowicie niezbędne mu do życia ( po czym jeden natychmiast zgubił,kiedy zatargał go z dumą do pracy).
Klosza do lampki nie kupiliśmy.....
Za dwa tygodnie znowu się wybieramy upolować coś na targu staroci,pojedziemy dużo wcześniej i zabierzemy Dziecko,bo to doskonały sposób na spędzenie kawałka pogodnej,jesiennej niedzieli-chodzić,szperać,podziwiać,pogadać z sympatycznymi handlarzami i czasem upolować coś niezwykłego-na przykład dobrą,starą książke,na co liczę przy następnej wizycie ..;))
i bardzo nas to zaciekawiło,bo nigdy żadne z nas na takiej giełdzie nie było. Postanowiliśmy kiedyś zajrzeć.
Kiedyś wypadło kilka dni temu,okazja była ku temu-potrzebny był na gwałt klosz do lampki nocnej,bo za chwilę dziecko wraca z wakacji,a z lampki przy braku klosza wydobywa się taka iluminacja,że oczy bolą.
No to pojechaliśmy na łowy. Nieco pózno pojechaliśmy,więc niektórzy handlarze powoli się już zbierali...
ale co tam oglądaliśmy za cuda :))
Używane ciuchy,buty,naczynia,ozdoby,mosiężne tłuczki,numizmaty,piły ,młotki i inne narzędzia,dzbanki,wazony i lampy,komórki i adaptery,wiklina,niemiecka chemia i słodycze,biżuteria,zabawki...jednym słowem-groch,mydło i powidło :))
No i książki-ceny niewiarygodne-Daukszewicz za 5 zł, Masterton za 7zł,nie miałam siły odejść od stoiska.
Chyba dobrze,że to już była końcówka handlu,bo prawdopodobnie tyle emocji mogłoby mi zaszkodzić.
Spacerowaliśmy tam 3 godziny,które wydawały się nam kilkunastoma minutami. Kupiliśmy dwie książki, western z Clintem Eastwoodem dla Taty,kolczyki w kształcie maleńkich sówek dla Dziecka,niemieckie kakao dla wszystkich, dwa absolutnie cudowne klucze nasadowe dla mojego TŻ,całkowicie niezbędne mu do życia ( po czym jeden natychmiast zgubił,kiedy zatargał go z dumą do pracy).
Klosza do lampki nie kupiliśmy.....
Za dwa tygodnie znowu się wybieramy upolować coś na targu staroci,pojedziemy dużo wcześniej i zabierzemy Dziecko,bo to doskonały sposób na spędzenie kawałka pogodnej,jesiennej niedzieli-chodzić,szperać,podziwiać,pogadać z sympatycznymi handlarzami i czasem upolować coś niezwykłego-na przykład dobrą,starą książke,na co liczę przy następnej wizycie ..;))
Bilbo-o psie,który nie miał przyszłości
Na początku lata,pozostając w żalu za Skiperem,który odszedł do Tęczowej Krainy,do której trafiają wszystkie psy,kiedy przychodzi ich czas-pojechaliśmy do schroniska,żeby wybrać kolejnego towarzysza rodziny. Sama wizyta była koszmarem,bo zalały mnie wspomnienia z poprzedniej wizyty,kiedy to pojechaliśmy po Skipera.
Miła Pani zaprowadziła nas do kojca,żeby pokazać psa,który nie ma szans na adopcję. Nie ma szans-no bo:
jest stary, urody niespecjalnie ciągnącej oko,a na dodatek nie kokietował odwiedzających-gubił się więc zawsze między innymi psami,które cisnęły się do drzwi,zaczepiały łapami,żeby zwrócić na siebie uwagę.
A on-stał tam bez ruchu,wycofany,nie merdał ogonem,nie podawał łapy,wyglądał,jakby nie miał nadziei już na nic,a na pewno nie na jakąś odmianę swojego losu.
Zdecydowaliśmy się więc natychmiast. Nawet po wyprowadzeniu z kojca był apatyczny i nie okazywał radości,kiedy ubraliśmy mu szelki i smycz.
Zabraliśmy go do domu. Daliśmy mu na imię Bilbo ( ma ponad 10 lat,więc jak na psa,jest stary jak hobbit ;))
Najpierw osiusiał całe mieszkanie. Widać czuł jeszcze Skipera i zaznaczał swój teren,ale już zaczęliśmy się obawiać,co zrobimy,jeśli mu nie przejdzie?? Nie biegał,nie skakał,nie wykazywał chęci do zabawy,jedyne co
mu dopisywało,to apetyt-zjadłby wszystko,co dałoby się ściągnąć ze stołu,co leżało w misce,albo poniewierało się na podwórku. Nie słuchał,nie potrafił wykonać najprostszych poleceń-jednym słowem-totalne rozczarowanie.... Bo przecież Skiper potrafił to wszystko i jeszcze więcej...
A tu-stary pies,a przecież wiadomo-nie nauczysz starego psa nowych sztuczek. Impas,bo przecież go nie oddamy.
W końcu zrozumiałam ,gdzie popełniliśmy błąd. Chcieliśmy przywiezć do domu drugiego Skipera-a to był Bilbo,zupełnie inny pies.
Zaczęłam kopać w internecie,szukać porad psich behawiorystów i to był strzał w 10. Dowiedziałam się tyle na temat psiej psychiki,że zastanawiałam się,jak udało nam się wychować innego psa bez tej wiedzy.
A dla Bilba zaczął się czas ćwiczeń i nauki. Powoli,stopniowo,krok po kroku.
Po dwóch miesiącach Bilbo to facet dobrze wychowany,mimo dżentelmeńskiego spokoju podskakujący czasem jak podstarzały szczeniak. Umie siadać,podaje łapę-zawsze prawą do witania,zawsze lewą do założenia szelek. Po spacerze siedzi pod drzwiami i uprzejmie czeka na wytarcie łap. Wszystkie potrzeby załatwia na spacerze,chyba,że jest nagły wypadek-wtedy drapie w drzwi. Czasem łaskawie się z nami pobawi,ale rzadko,jeszcze wiele nauki przed nim. Podczas spaceru pilnuje Pani i jest gotów porzucić każdego kumpla,którego spotka,każdy niesamowicie pociągający zapach. Minęły czasy,kiedy pies porzucał Pana na spacerze i udawał,że go nie zna,albo kiedy Dziecko musiało przechodzić przez płot na budowie,bo pies znalazł tam coś interesującego.Za Panią chodzi po domu krok w krok,jak w ruskim wojsku-krok oszczędnościowy-kiedyś pewnie wywinę orła przez to ,że czai mi się za plecami. Nie pozwala innym psom się spoufalać ze swoimi domownikami,w końcu to jego domownicy,nie wypada,żeby inne psy się przytulały,albo skakały na jego własność ;))
Choruje na serce i kręgosłup,ale leki,które bierze,pozwalają mu funkcjonować całkowicie normalnie,nawet nie można się domyśleć,że jest stary i nieco schorowany. Cały dzień pełni wartę wszędzie tam,gdzie jesteśmy,pilnuje nas podczas oglądania filmu,chrapiąc głośniej niż mój TŻ ;))
Kiedy leżymy już w łóżkach,Bilbo uznaje,że dniówka dobiegła końca i idzie do kojca się położyć.
Adoptujcie starsze zwierzęta. Dajcie im szansę na dożycie swoich dni przy was. I nie wierzcie,kiedy ktoś mówi,że starego psa nie można nauczyć nowych sztuczek. Każdego psa możecie nauczyć wszystkiego,czego tylko zechcecie...
Miła Pani zaprowadziła nas do kojca,żeby pokazać psa,który nie ma szans na adopcję. Nie ma szans-no bo:
jest stary, urody niespecjalnie ciągnącej oko,a na dodatek nie kokietował odwiedzających-gubił się więc zawsze między innymi psami,które cisnęły się do drzwi,zaczepiały łapami,żeby zwrócić na siebie uwagę.
A on-stał tam bez ruchu,wycofany,nie merdał ogonem,nie podawał łapy,wyglądał,jakby nie miał nadziei już na nic,a na pewno nie na jakąś odmianę swojego losu.
Zdecydowaliśmy się więc natychmiast. Nawet po wyprowadzeniu z kojca był apatyczny i nie okazywał radości,kiedy ubraliśmy mu szelki i smycz.
Zabraliśmy go do domu. Daliśmy mu na imię Bilbo ( ma ponad 10 lat,więc jak na psa,jest stary jak hobbit ;))
Najpierw osiusiał całe mieszkanie. Widać czuł jeszcze Skipera i zaznaczał swój teren,ale już zaczęliśmy się obawiać,co zrobimy,jeśli mu nie przejdzie?? Nie biegał,nie skakał,nie wykazywał chęci do zabawy,jedyne co
mu dopisywało,to apetyt-zjadłby wszystko,co dałoby się ściągnąć ze stołu,co leżało w misce,albo poniewierało się na podwórku. Nie słuchał,nie potrafił wykonać najprostszych poleceń-jednym słowem-totalne rozczarowanie.... Bo przecież Skiper potrafił to wszystko i jeszcze więcej...
A tu-stary pies,a przecież wiadomo-nie nauczysz starego psa nowych sztuczek. Impas,bo przecież go nie oddamy.
W końcu zrozumiałam ,gdzie popełniliśmy błąd. Chcieliśmy przywiezć do domu drugiego Skipera-a to był Bilbo,zupełnie inny pies.
Zaczęłam kopać w internecie,szukać porad psich behawiorystów i to był strzał w 10. Dowiedziałam się tyle na temat psiej psychiki,że zastanawiałam się,jak udało nam się wychować innego psa bez tej wiedzy.
A dla Bilba zaczął się czas ćwiczeń i nauki. Powoli,stopniowo,krok po kroku.
Po dwóch miesiącach Bilbo to facet dobrze wychowany,mimo dżentelmeńskiego spokoju podskakujący czasem jak podstarzały szczeniak. Umie siadać,podaje łapę-zawsze prawą do witania,zawsze lewą do założenia szelek. Po spacerze siedzi pod drzwiami i uprzejmie czeka na wytarcie łap. Wszystkie potrzeby załatwia na spacerze,chyba,że jest nagły wypadek-wtedy drapie w drzwi. Czasem łaskawie się z nami pobawi,ale rzadko,jeszcze wiele nauki przed nim. Podczas spaceru pilnuje Pani i jest gotów porzucić każdego kumpla,którego spotka,każdy niesamowicie pociągający zapach. Minęły czasy,kiedy pies porzucał Pana na spacerze i udawał,że go nie zna,albo kiedy Dziecko musiało przechodzić przez płot na budowie,bo pies znalazł tam coś interesującego.Za Panią chodzi po domu krok w krok,jak w ruskim wojsku-krok oszczędnościowy-kiedyś pewnie wywinę orła przez to ,że czai mi się za plecami. Nie pozwala innym psom się spoufalać ze swoimi domownikami,w końcu to jego domownicy,nie wypada,żeby inne psy się przytulały,albo skakały na jego własność ;))
Choruje na serce i kręgosłup,ale leki,które bierze,pozwalają mu funkcjonować całkowicie normalnie,nawet nie można się domyśleć,że jest stary i nieco schorowany. Cały dzień pełni wartę wszędzie tam,gdzie jesteśmy,pilnuje nas podczas oglądania filmu,chrapiąc głośniej niż mój TŻ ;))
Kiedy leżymy już w łóżkach,Bilbo uznaje,że dniówka dobiegła końca i idzie do kojca się położyć.
Adoptujcie starsze zwierzęta. Dajcie im szansę na dożycie swoich dni przy was. I nie wierzcie,kiedy ktoś mówi,że starego psa nie można nauczyć nowych sztuczek. Każdego psa możecie nauczyć wszystkiego,czego tylko zechcecie...
środa, 22 maja 2013
Epitafium dla Skipera...
Miał na imię Skiper. Miał 5 lat. 9 miesięcy temu adoptowaliśmy go ze schroniska. Na początku obawialiśmy się,czy Pies i my dojdziemy do porozumienia. Dogadaliśmy się bardzo szybko,Skiper okazał się inteligentnym
cwaniaczkiem,który już po tygodniu zdawał się być w naszej rodzinie nie do zastąpienia. Pokochał nas tak,jak tylko pies potrafi kochać człowieka-bezkrytycznie. My pokochaliśmy Skipera jak tylko człowiek potrafi pokochać psa- jak idioci. Zadziwiał nas swoim przywiązaniem,potrzebą czułości i mądrością każdego
dnia. Tydzień temu wpadł pod samochód. Zmarł na miejscu.
Codziennie rano budzę się i pierwsza myślą jest - nie ma psa....
Jeśli ktoś zastanawia się,czy warto adoptować psa ze schroniska, bo ma wątpliwości,czy taki pies się przyzwyczai,czy pokocha,czy nauczy się różnych rzeczy,albo oduczy innych-bez obaw. Te psy mają w sobie niesamowite pokłady miłości i przywiązania,a ich jedyna potrzeba,to potrzeba posiadania domu,właściciela,bycia przynależnym,kochanym. Odpłacają przywiązaniem i zdolnością nauczenia się wszelkich zasad panujących w domu,są posłuszne i łagodne i kochają bezgranicznie....
Ekonomiczne kotlety z piersi kurczaka-tanio i dużo
Wystarczy jedna,podwójna pierś z kurczaka,żeby zrobić dużo bardzo smacznych kotlecików i nakarmić 4-6
osobową rodzinę:) Kotlety są niezwykle smaczne,bo chrupiące i wychodzi ich naprawdę sporo.
Składniki:
1 podwójna pierś z kurczaka
4-5 dużych pieczarek
1 jajko
wegeta/sól
papryka mielona/pieprz
przyprawa do kurczaka
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki majonezu
dodatkowo może być:
ketchup
ser żółty
Sposób przygotowania:
Pierś z kurczaka umyć i pokroić w kostkę o wymiarach ok. 1cm na 1 cm. Obrać pieczarki i pokroić w kostkę,tak samo jak wcześniej pierś. Przyprawić,jak każde inne kotlety-tym,co kto lubi i tyle ,ile komu smakuje. Dodać jajko i wymieszać. Następnie dodać majonez i mąkę ziemniaczaną i wymieszać.
Masa powinna być gęsta,jeśli nie jest,można dosypać jeszcze trochę mąki ziemniaczanej.
Kotleciki nakładać na rozgrzaną patelnię łyżką,powinny być niezbyt duże. Smażyć można na oleju,margarynie,smalcu,bez tłuszczu-na patelni beztłuszczowej-jak kto lubi.
Można je zwyczajnie usmażyć,a można też-po usmażeniu ich z jednej strony,obrócić i na każdym kotleciku
położyć plasterek sera wielkości kotleta i dać kroplę ketchupu na ser. Potem przykryć patelnię i smażyć dalej,aż ser zacznie topnieć. Ta wersja powstała,kiedy moja córka była strasznym niejadkiem i nie chciała jeść żadnego mięsa,a każdy kotlet był jej osobistym wrogiem. Kotlet przykryty dla niepoznaki serem i odrobiną ketchupu przestawał być wrogiem,a stawał się smakowitym elementem obiadu:)))
osobową rodzinę:) Kotlety są niezwykle smaczne,bo chrupiące i wychodzi ich naprawdę sporo.
Składniki:
1 podwójna pierś z kurczaka
4-5 dużych pieczarek
1 jajko
wegeta/sól
papryka mielona/pieprz
przyprawa do kurczaka
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki majonezu
dodatkowo może być:
ketchup
ser żółty
Sposób przygotowania:
Pierś z kurczaka umyć i pokroić w kostkę o wymiarach ok. 1cm na 1 cm. Obrać pieczarki i pokroić w kostkę,tak samo jak wcześniej pierś. Przyprawić,jak każde inne kotlety-tym,co kto lubi i tyle ,ile komu smakuje. Dodać jajko i wymieszać. Następnie dodać majonez i mąkę ziemniaczaną i wymieszać.
Masa powinna być gęsta,jeśli nie jest,można dosypać jeszcze trochę mąki ziemniaczanej.
Kotleciki nakładać na rozgrzaną patelnię łyżką,powinny być niezbyt duże. Smażyć można na oleju,margarynie,smalcu,bez tłuszczu-na patelni beztłuszczowej-jak kto lubi.
Można je zwyczajnie usmażyć,a można też-po usmażeniu ich z jednej strony,obrócić i na każdym kotleciku
położyć plasterek sera wielkości kotleta i dać kroplę ketchupu na ser. Potem przykryć patelnię i smażyć dalej,aż ser zacznie topnieć. Ta wersja powstała,kiedy moja córka była strasznym niejadkiem i nie chciała jeść żadnego mięsa,a każdy kotlet był jej osobistym wrogiem. Kotlet przykryty dla niepoznaki serem i odrobiną ketchupu przestawał być wrogiem,a stawał się smakowitym elementem obiadu:)))
Dieta kopenhaska
Z racji tego,że w ostatnich miesiącach okropnie się "rozjadłam",ciężko mi ograniczyć ilość spożywanego jedzenia tak po prostu. W końcu ,gdybym jadła mniej,nie wyglądałabym w tej chwili jakbym była w ciąży,prawda?
Skoro mam z tym kłopot,a postanowiłam jeść zdecydowanie mniej i zdecydowanie zdrowiej,bo przecież wiosna w pełni,za chwilę lato,słonce, woda,a mój strój kąpielowy trzeszczy w szwach - postanowiłam zrobić sobie kilka dni dość restrykcyjnej diety- do tego mój organizm jest przyzwyczajony. Wybrałam dietę kopenhaską,gdyż nie trwa długo,a już po kilku dniach przyzwyczajam się do małej ilości pożywienia.
Właściwie chyba żadna restrykcyjna dieta nie jest zdrowa,ale z racji tego ,ze kopenhaska trwa raptem 13 dni i traktuję ją jako wstęp do lepszego i zdrowszego systemu odżywiania, można uznać,że w tym przypadku przyniesie pożytek,a nie zaszkodzi.
A oto dieta:
Godziny posiłków
Śniadanie: 8.00 - 9.00
Obiad: 12.00 – 14.00
Kolacja: 17.00 - 18.00
JADŁSPIS
Dzień 1 i 8
Śniadanie: 1 kubek czarnej kawy, 1 kostka cukru
Obiad: 2 jajka na twardo, pół paczki (szklanka) gotowanego szpinaku lub brokułów, 1 pomidor
Kolacja: 1 duży befsztyk wołowy (200 g), 5 liści sałaty z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny
Dzień 2 i 9
Śniadanie: 1 kubek czarnej kawy, 1 kostka cukru
Obiad: 1 duży befsztyk wołowy (200 g), 1/3 główki sałaty (lub 5 liści) z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny, 1 surowy owoc (jabłko, ananas lub grejpfrut)
Kolacja: 1 gruby (100 g) plaster (albo 5 chudszych) szynki (np. drobiowej), 2/3 szklanki (słownie: dwie trzecie, a więc niecała jedna szklanka!) jogurtu naturalnego
Dzień 3 i 10
Śniadanie: 1 kubek kawy, 1 kostka cukru, 1 mała kromka pieczywa (grzanka)
Obiad: pół paczki (szklanka) gotowanego szpinaku, 1 pomidor, 1 surowy mały owoc
Kolacja: 2 jajka na twardo, 1 gruby (100 g) plaster szynki (lub 5 chudszych), 5 liści sałaty z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny
Dzień 4 i 11
Śniadanie: 1 kubek kawy, 1 kostka cukru
Obiad: 1 jajko na twardo, 1 duża marchewka, małe opakowanie serka wiejskiego (twarożku naturalnego) (100-150 g)
Kolacja: pół szklanki kompotu z owoców (ugotowanego bez cukru, owoce zjadamy), 2/3 szklanki (słownie: dwie trzecie, a więc niecała jedna szklanka!) jogurtu naturalnego
Dzień 5 i 12
Śniadanie: 1 duża starta marchewka z sokiem z cytryny
Obiad: 1 duża (300 g) chuda gotowana ryba (pstrąg, dorsz lub sola) z sokiem z cytryny. Rybę można także usmażyć bez tłuszczu.
Kolacja: 1 duży befsztyk wołowy (200 g), 5 liści sałaty, pół paczki (6-8 główek) gotowanych brokułów
Dzień 6 i 13
Śniadanie: 1 kubek czarnej kawy, 1 kostka cukru, 1 mała kromka pieczywa (grzanka)
Obiad: 1 duszona pierś kurczaka bez skóry, 5 liści sałaty z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny
Kolacja: 2 jajka na twardo, 1 duża starta marchewka
Dzień 7
Śniadanie: 1 kubek herbaty (najlepiej zielonej) bez cukru
Obiad: 1 pierś (150 g) kurczaka grillowana lub z piekarnika, 1 świeży owoc
Kolacja: NIC
I tyle. Z racji tego,że nie jest to mój sposób na zrzucenie wagi,a jedynie wstęp do modyfikacji mojego sposobu odżywiania,zamierzam pić dodatkowo "zielony" koktajl odżywczy,na który przepis można znalezć w poprzednim poście.
Skoro mam z tym kłopot,a postanowiłam jeść zdecydowanie mniej i zdecydowanie zdrowiej,bo przecież wiosna w pełni,za chwilę lato,słonce, woda,a mój strój kąpielowy trzeszczy w szwach - postanowiłam zrobić sobie kilka dni dość restrykcyjnej diety- do tego mój organizm jest przyzwyczajony. Wybrałam dietę kopenhaską,gdyż nie trwa długo,a już po kilku dniach przyzwyczajam się do małej ilości pożywienia.
Właściwie chyba żadna restrykcyjna dieta nie jest zdrowa,ale z racji tego ,ze kopenhaska trwa raptem 13 dni i traktuję ją jako wstęp do lepszego i zdrowszego systemu odżywiania, można uznać,że w tym przypadku przyniesie pożytek,a nie zaszkodzi.
A oto dieta:
Godziny posiłków
Śniadanie: 8.00 - 9.00
Obiad: 12.00 – 14.00
Kolacja: 17.00 - 18.00
JADŁSPIS
Dzień 1 i 8
Śniadanie: 1 kubek czarnej kawy, 1 kostka cukru
Obiad: 2 jajka na twardo, pół paczki (szklanka) gotowanego szpinaku lub brokułów, 1 pomidor
Kolacja: 1 duży befsztyk wołowy (200 g), 5 liści sałaty z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny
Dzień 2 i 9
Śniadanie: 1 kubek czarnej kawy, 1 kostka cukru
Obiad: 1 duży befsztyk wołowy (200 g), 1/3 główki sałaty (lub 5 liści) z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny, 1 surowy owoc (jabłko, ananas lub grejpfrut)
Kolacja: 1 gruby (100 g) plaster (albo 5 chudszych) szynki (np. drobiowej), 2/3 szklanki (słownie: dwie trzecie, a więc niecała jedna szklanka!) jogurtu naturalnego
Dzień 3 i 10
Śniadanie: 1 kubek kawy, 1 kostka cukru, 1 mała kromka pieczywa (grzanka)
Obiad: pół paczki (szklanka) gotowanego szpinaku, 1 pomidor, 1 surowy mały owoc
Kolacja: 2 jajka na twardo, 1 gruby (100 g) plaster szynki (lub 5 chudszych), 5 liści sałaty z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny
Dzień 4 i 11
Śniadanie: 1 kubek kawy, 1 kostka cukru
Obiad: 1 jajko na twardo, 1 duża marchewka, małe opakowanie serka wiejskiego (twarożku naturalnego) (100-150 g)
Kolacja: pół szklanki kompotu z owoców (ugotowanego bez cukru, owoce zjadamy), 2/3 szklanki (słownie: dwie trzecie, a więc niecała jedna szklanka!) jogurtu naturalnego
Dzień 5 i 12
Śniadanie: 1 duża starta marchewka z sokiem z cytryny
Obiad: 1 duża (300 g) chuda gotowana ryba (pstrąg, dorsz lub sola) z sokiem z cytryny. Rybę można także usmażyć bez tłuszczu.
Kolacja: 1 duży befsztyk wołowy (200 g), 5 liści sałaty, pół paczki (6-8 główek) gotowanych brokułów
Dzień 6 i 13
Śniadanie: 1 kubek czarnej kawy, 1 kostka cukru, 1 mała kromka pieczywa (grzanka)
Obiad: 1 duszona pierś kurczaka bez skóry, 5 liści sałaty z łyżką oliwy z oliwek i sokiem z cytryny
Kolacja: 2 jajka na twardo, 1 duża starta marchewka
Dzień 7
Śniadanie: 1 kubek herbaty (najlepiej zielonej) bez cukru
Obiad: 1 pierś (150 g) kurczaka grillowana lub z piekarnika, 1 świeży owoc
Kolacja: NIC
I tyle. Z racji tego,że nie jest to mój sposób na zrzucenie wagi,a jedynie wstęp do modyfikacji mojego sposobu odżywiania,zamierzam pić dodatkowo "zielony" koktajl odżywczy,na który przepis można znalezć w poprzednim poście.
Jak zrobić domowy twaróg
Z racji tego,że żywność dostępna w sklepach zawiera coraz więcej konserwantów,hormonów i antybiotyków, kiedy tylko mogę,zastępuję sklepowe produkty takimi,które mogę zrobić w domu. Niedawno
"wyprodukowałam" twaróg,co jest bezpośrednim efektem odkrycia przeze mnie targu,na którym pojawiają się osoby mające na zbyciu produkty własnych gospodarstw-mleka,masła,śmietany,koperku z ogródka,pietruszki lub rabarbaru. Dwa razy w tygodniu jadę tam,żeby zaopatrzyć się w świeże mleko.
Mleko,które tam kupuję nie jest pasteryzowane,więc nie postoi w lodówce tydzień,a ile można wypić kwaśnego?? Dlatego doskonałym sposobem wykorzystania mleka,które zaczyna się robić kwaśne,jest zrobienie z niego twarogu:))
Uprzedzam,że ze szklaneczki skwaśniałego mleka tego twarogu będzie raptem łyżeczka,więc warto kupić więcej-żeby starczyło do kawy,do kakao i na ser:)
3-4 litry mleka wlać do garnka ( po skwaszeniu mleka trzeba je podgrzać,więc rozsądniej jest od razu mieć je w garnku,żeby uniknąć bezsensownego przelewania ).Garnek przykryć i postawić w ciepłym miejscu -u mnie jest to parapet okna. Po 3-4 dniach mleko powinno być już kwaśne.
Jeżeli jest już ładnie skwaszone,garnek stawiamy na kuchence i na niewielkim ogniu powoli podgrzewamy.
Nie gotujemy! Podgrzewamy do momentu,aż zacznie się oddzielać serwatka-czyli półprzezroczysty płyn.
Warto przekroić mleko w garnku na 4 części,żeby serwatce łatwiej było się rozdzielić.
Następnie przygotowujemy durszlak,wkładając do niego dużą gazę-u mnie 1m na 1m. Jeśli chcemy zachować serwatkę,durszlak stawiamy na wysokim garnku,jeśli serwatkę chcemy wylać,wystarczy durszlak postawić zwyczajnie w zlewozmywaku.
Wlewamy mleko chochelką do durszlaka wyłożonego gazą,pozwalając odpłynąć serwatce,potem zbieramy brzegi gazy,delikatnie wyciskając resztę serwatki i związujemy jej brzegi. Na ten tobołek kładziemy coś ciężkiego-słoik wypełniony wodą,inny garnczek też z woda,kamień. W ten sposób z twarogu powoli wycieknie reszta serwatki,ale nie wyciśnie się przez oczka gazy twaróg. Im dłużej będzie wyciskany,
tym bardziej suchy będzie nasz twaróg.
I to już koniec-twaróg gotowy,można go zjeść z rzodkiewką i szczypiorkiem,a można też upiec drożdżówki z serem,albo sernik....mniam mniam:))) A jeśli chodzi o serwatkę-jest to doskonały produkt poprawiający trawienie,a w upalne dni schłodzona serwatka znakomicie zaspokaja pragnienie,dlatego warto ją zachować,do czego fanów napojów mlecznych typu maślanka nie trzeba namawiać. :))
"wyprodukowałam" twaróg,co jest bezpośrednim efektem odkrycia przeze mnie targu,na którym pojawiają się osoby mające na zbyciu produkty własnych gospodarstw-mleka,masła,śmietany,koperku z ogródka,pietruszki lub rabarbaru. Dwa razy w tygodniu jadę tam,żeby zaopatrzyć się w świeże mleko.
Mleko,które tam kupuję nie jest pasteryzowane,więc nie postoi w lodówce tydzień,a ile można wypić kwaśnego?? Dlatego doskonałym sposobem wykorzystania mleka,które zaczyna się robić kwaśne,jest zrobienie z niego twarogu:))
Uprzedzam,że ze szklaneczki skwaśniałego mleka tego twarogu będzie raptem łyżeczka,więc warto kupić więcej-żeby starczyło do kawy,do kakao i na ser:)
3-4 litry mleka wlać do garnka ( po skwaszeniu mleka trzeba je podgrzać,więc rozsądniej jest od razu mieć je w garnku,żeby uniknąć bezsensownego przelewania ).Garnek przykryć i postawić w ciepłym miejscu -u mnie jest to parapet okna. Po 3-4 dniach mleko powinno być już kwaśne.
Jeżeli jest już ładnie skwaszone,garnek stawiamy na kuchence i na niewielkim ogniu powoli podgrzewamy.
Nie gotujemy! Podgrzewamy do momentu,aż zacznie się oddzielać serwatka-czyli półprzezroczysty płyn.
Warto przekroić mleko w garnku na 4 części,żeby serwatce łatwiej było się rozdzielić.
Następnie przygotowujemy durszlak,wkładając do niego dużą gazę-u mnie 1m na 1m. Jeśli chcemy zachować serwatkę,durszlak stawiamy na wysokim garnku,jeśli serwatkę chcemy wylać,wystarczy durszlak postawić zwyczajnie w zlewozmywaku.
Wlewamy mleko chochelką do durszlaka wyłożonego gazą,pozwalając odpłynąć serwatce,potem zbieramy brzegi gazy,delikatnie wyciskając resztę serwatki i związujemy jej brzegi. Na ten tobołek kładziemy coś ciężkiego-słoik wypełniony wodą,inny garnczek też z woda,kamień. W ten sposób z twarogu powoli wycieknie reszta serwatki,ale nie wyciśnie się przez oczka gazy twaróg. Im dłużej będzie wyciskany,
tym bardziej suchy będzie nasz twaróg.
I to już koniec-twaróg gotowy,można go zjeść z rzodkiewką i szczypiorkiem,a można też upiec drożdżówki z serem,albo sernik....mniam mniam:))) A jeśli chodzi o serwatkę-jest to doskonały produkt poprawiający trawienie,a w upalne dni schłodzona serwatka znakomicie zaspokaja pragnienie,dlatego warto ją zachować,do czego fanów napojów mlecznych typu maślanka nie trzeba namawiać. :))
środa, 15 maja 2013
Placek z rabarbarem
Będąc ostatnio na targu,zobaczyłam rabarbar,sprzedawała go Pani,która handluje płodami własnego gospodarstwa-mlekiem,śmietaną,twarogiem,koperkiem,pietruszką. Niewielka ilość oferowanych przez nią produktów upewnia mnie,że to,co oferuje,wyrosło sobie powoli w jej ogródku,bo akurat przyszedł na to czas....
Kupiłam więc ten rabarbar. Tylko co z nim zrobić? Rabarbar-to dla mnie albo tylko do płukania blond włosów albo bardzo kwaśny kompot... A może słodki placek z kwaśnym rabarbarem?
SKŁADNIKI
0,5 kg rabarbaru
4 jajka
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100 g margaryny do pieczenia(Kasia,Palma,Mleczna)
1 łyżka olejku waniliowego do ciast(może być inny,jeśli ktoś nie lubi waniliowego)
Mąkę przesiać razem z proszkiem do pieczenia, rabarbar obrać i pokroić na plastry lub kostkę-jak kto woli.
Margarynę roztopić i zostawić do wystygnięcia.
Utrzeć jajka z cukrem,tak aby masa była puszysta. Do tej masy stopniowo dodawać przesianą mąkę,wymieszaną z proszkiem do pieczenia. I ucierać dalej,rzecz jasna.
Dodać wystudzoną,stopioną margarynę i wybrany olejek do ciasta. Ucierać jeszcze przez chwilę.
KRUSZONKA
3 łyżki przesianej mąki
3 łyżki cukru
1 łyżka masła-miękkiego
utrzeć składniki na kruszonkę,można to zrobić palcami lub łyżką,można też mikserem,tylko po co??
Blachę (moja ma wymiary 25 na 35 cm) wysmarować margaryną i wysypać kaszą manną albo bułką tartą albo mąka,jak kto ma w zwyczaju. Wlać ciasto,w tym czasie włączyć piekarnik na 200 stopni (góra-dół).
Na ciasto wyłożyć obrany wcześniej i pokrojony rabarbar. Posypać kruszonką i wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec w temperaturze 200 stopni bez termoobiegu ok 50 minut. Po upieczeniu i wystudzeniu ciasto posypać cukrem pudrem-doskonale skomponuje się z kwaśnym rabarbarem:))
Koktajlowe dietowanie
Koktajle,których zaczęłam próbować,w zasadzie mogą zastępować posiłki,tzn.-jeden koktajl powinien zastąpić jeden posiłek-teoretycznie. Kilku już spróbowałam i dla mnie-obżartucha z urodzenia i pochodzenia,taki koktajl bywa wstępem do nagłego przypływu apetytu. Ale-w końcu to obżartuch jest kowalem swojej nadwagi,czyż nie? Postaram się więc dzielnie postawić moim napadom obżarstwa,być może poskutkuje metoda "tylko dziś" (wmawianie sobie ,że tylko dziś nie będę się rzucać bez opanowania
na jedzenie,przynosi pewną ulgę znękanej psychice).
Koktajle stanowią element DIETY STRUKTURALNEJ,ale ponieważ nie jest to post o diecie,nie będę się zagłębiać w szczegóły,chociaż zachęcam do zapoznania się z tą dietą,ponieważ jest to dieta propagująca zdrowe odżywianie,więc chyba jedyna dieta w swoim rodzaju:))
Z racji doświadczenia-w ciągu ostatnich 20 lat wypróbowałam dziesiątki diet,z różnymi skutkami-oraz z powodu choroby,która mnie dopadła rok temu,zainteresowała mnie dieta,której wymaganiem jest odżywiać się zdrowo,a ewentualny spadek wagi jest niejako skutkiem ubocznym.
Koktajle robi się szybko i sprawnie,wystarczy mieć jakiekolwiek urządzenie do miksowania:)
Dziś w menu mam:
KOKTAIL ŻÓŁTY -150 kcal - OCZYSZCZAJĄCY ORGANIZM Z TOKSYN I NADMIARU CHOLESTEROLU
sok brzozowy - 250ml
na jedzenie,przynosi pewną ulgę znękanej psychice).
Koktajle stanowią element DIETY STRUKTURALNEJ,ale ponieważ nie jest to post o diecie,nie będę się zagłębiać w szczegóły,chociaż zachęcam do zapoznania się z tą dietą,ponieważ jest to dieta propagująca zdrowe odżywianie,więc chyba jedyna dieta w swoim rodzaju:))
Z racji doświadczenia-w ciągu ostatnich 20 lat wypróbowałam dziesiątki diet,z różnymi skutkami-oraz z powodu choroby,która mnie dopadła rok temu,zainteresowała mnie dieta,której wymaganiem jest odżywiać się zdrowo,a ewentualny spadek wagi jest niejako skutkiem ubocznym.
Koktajle robi się szybko i sprawnie,wystarczy mieć jakiekolwiek urządzenie do miksowania:)
Dziś w menu mam:
KOKTAIL ŻÓŁTY -150 kcal - OCZYSZCZAJĄCY ORGANIZM Z TOKSYN I NADMIARU CHOLESTEROLU
sok brzozowy - 250ml
plaster ananasa
1 małe jabłko
morela suszona
łyżka kiełków lub zarodków pszennych
łyżka otrąb pszennych
KOKTAIL ZIELONY-150 kcal - POPRAWIAJĄCY PRZEMIANĘ MATERII, ODCHUDZAJĄCY
kefir lub jogurt naturalny 1,5 % tłuszczu - 200ml
1 małego dojrzałego avocado - 30g
łyżka stołowa soku z cytryny
łyżka siekanej zielonej pietruszki
łyżka otrąb owsianych
1 łyżeczki morszczyn
KOKTAIL SILNIE OCZYSZCZAJĄCY
150 ml soku z kapusty kiszonej,
100 ml soku pomidorowego,
sok z 1/2 cytryny,
ząbek czosnku,
2 łyżki otrąb pszennych,
2 łyżki natki pietruszki
szczypty czarnego pieprzu
i mój ulubiony,przepyszny-KOKTAIL BIAŁY-200 kcal - UZUPEŁNIAJĄCY WAPŃ I MIKROELEMENTY. ZALECANY W OSTEOPOROZIE, DLA ALERGIKÓW I DLA DZIECI
(mleko sojowe lub ryżowe można zrobić we własnym zakresie,ale o tym napiszę w innym poście,kiedy już sama spróbuję)
mleko ryżowe lub sojowe - 200 ml
1 banan
pokrojona figa
łyżeczka zarodków pszennych
łyżeczka melasy trzcinowej
natomiast dla mojego Ukochanego,który znosi moje stany obniżonego nastroju,wspiera mnie we wszystkim i jest moim oparciem,ale czasem miewa gorsze okresy,kiedy praca i codzienne obowiązki kumulują w nim stres,robię
KOKTAIL KAKAOWY-200 kcal - UZUPEŁNIAJĄCY MAGNEZ, WZMACNIAJĄCY UKŁAD NERWOWY.
ZALECENIA: STRES, DEPRESJA, WYTĘŻONY WYSIŁEK UMYSŁOWY
mleko sojowe lub ryżowe - 200ml
łyżeczka kakao
1 banan
łyżeczka płatków migdałowych
łyżeczka melasy trzcinowej
łyżeczka ziaren słonecznika
Te koktaile zostały już przeze mnie wypróbowane,więc mogę je polecać, produkty potrzebne do nich są stosunkowo łatwo dostępne,mleko sojowe można kupić chociażby w Biedronce,kiełki też,używam tych,które akurat są dostępne,jeśli nie ma zarodków pszennych,stosuję kiełki brokułów,a nawet rzodkiewki-do kupienia w Biedronce,zamiast melasy używam miodu,wodę brzozową można kupić w większych marketach,np Carefur,dziś mi się akurat skończyła,więc użyłam po prostu wody mineralnej z odrobiną miodu,ponieważ miałam do wykorzystania resztę ananasa,zdecydowałam się zrobić jednak koktail żólty. Staram się używać tego co mam,jeśli braknie mi jakiegoś wymaganego produktu,dlaczego? Bo brak jednej rzeczy to doskonała wymówka,żeby nie robić dziś koktajlu-skoro nie mam jednej rzeczy,a zamiast drugiej mam inną,na zakupy wybiorę się za tydzień-to dopiero wtedy zacznę robić koktajle...Otóż NIE!!- drogie obżartuchy,mistrzowie w oszukiwaniu samych siebie, rekordziści w ilości wmówionych w siebie diet i zdrowych potraw,które zrobicie wtedy,kiedy kupicie co do jednego potrzebne składniki,planiści,którzy zawsze zaczynacie "od jutra", od "po świętach", "od 1-go".....zróbcie zakupy,a jeśli czegoś akurat dziś braknie,wyjątkowo zastąpcie to czymś dostępnym,brakujący składnik kiedyś tam dokupicie i użyjecie następnym razem.
Uważaj,czego sobie życzysz...
Po ponad miesięcznej przerwie,w czasie której zrobiłam to,o czym marzyłam od dawna-zrezygnowałam z pracy,żeby zajmować się domem i mieć czas na zastanowienie się,co mogłabym robić zarobkowo,żeby przyniosło mi to satysfakcję-wracam do pisania.
Przez ten miesiąc usiłowałam się odnalezć w moim nowym świecie-świecie gospodyni domowej :)
Nie jest to bynajmniej proste,jeśli nawykło się pracować poza domem,nieważne,co robiąc-byle zarobić na podstawowe potrzeby. Jest takie powiedzenie "Uważaj,czego sobie życzysz",które jest zdumiewająco trafne w każdej chyba sytuacji,kiedy spełnia się jakieś długo oczekiwane marzenie-człowiek tak długo czeka,w myślach szlifuje to marzenie,doprowadza je do perfekcji,dopieszcza,aż staje się to marzenie idealne. Kiedy się spełnia,często okazuje się,że rzeczywistość nie jest w stanie dorosnąć do tego wyidealizowanego obrazu.
W moim przypadku niezupełnie rzeczywistość nie dorosła do moich wyobrażeń-mnie zwyczajnie ogarnął strach-zrobiłam impulsywnie to,czego od lat pragnęłam,rzuciłam pracę,mgliście myśląc,że znajdę coś,co pozwoli mi zarabiać,pozostając równocześnie w domu.Rzuciłam pracę,bo pomyślałam-jeśli nie teraz,to kiedy? Zawsze potrzebujemy pieniędzy na coś,co jest nam niezwykle potrzebne,więc zawsze jest zły moment,żeby zaryzykować,a wogóle przecież trzeba by mieć wyjście awaryjne...
Tym sposobem czas,kiedy byłoby to możliwe ma nazwę "nigdy",bo zawsze jest jakaś przeszkoda.
Postawienie wszystkiego na jedną kartę chyba było więc jedyną możliwością. Tylko trochę mnie przestraszyło,uznałam,że nie sprostam temu,co sobie wymyśliłam,zamiast wylizywać dom od podłóg po sufity,sporo czytałam,fanaberyjnie wybierając sobie ,co zrobię dziś,a może jutro,a może za tydzień-.tak,zdecydowanie w przyszłym tygodniu. Usiłowałam schować się sama przed sobą,bo w moich wyobrażeniach wyglądało to przecież inaczej-miałam mnóstwo energii,a mój dom i ja też wyglądałam jak
"żona ze Stepford". A tu.... z jednej strony byłam zachwycona,że właśnie rozpoczynam wymarzoną karierę Kury Domowej ( w moim przypadku raczej Papużki Domowej,jak mówi mój Ukochany), a z drugiej-było do zrobienia,nadrobienia tyle rzeczy,że nie wiedziałam od czego zacząć,co zrobić najpierw,więc nie robiłam nic,chowając się i przed światem i przed samą sobą....
Ale dziś postanowiłam uwolnić się sama z niewoli,w którą się wzięłam. Nic nie muszę,wszystko mogę,jeśli tylko chcę....wystarczy ,że zrobię krok,nie muszę skakać,bo nikt-oprócz mnie samej-tego ode mnie nie oczekuje.
Przez ten miesiąc usiłowałam się odnalezć w moim nowym świecie-świecie gospodyni domowej :)
Nie jest to bynajmniej proste,jeśli nawykło się pracować poza domem,nieważne,co robiąc-byle zarobić na podstawowe potrzeby. Jest takie powiedzenie "Uważaj,czego sobie życzysz",które jest zdumiewająco trafne w każdej chyba sytuacji,kiedy spełnia się jakieś długo oczekiwane marzenie-człowiek tak długo czeka,w myślach szlifuje to marzenie,doprowadza je do perfekcji,dopieszcza,aż staje się to marzenie idealne. Kiedy się spełnia,często okazuje się,że rzeczywistość nie jest w stanie dorosnąć do tego wyidealizowanego obrazu.
W moim przypadku niezupełnie rzeczywistość nie dorosła do moich wyobrażeń-mnie zwyczajnie ogarnął strach-zrobiłam impulsywnie to,czego od lat pragnęłam,rzuciłam pracę,mgliście myśląc,że znajdę coś,co pozwoli mi zarabiać,pozostając równocześnie w domu.Rzuciłam pracę,bo pomyślałam-jeśli nie teraz,to kiedy? Zawsze potrzebujemy pieniędzy na coś,co jest nam niezwykle potrzebne,więc zawsze jest zły moment,żeby zaryzykować,a wogóle przecież trzeba by mieć wyjście awaryjne...
Tym sposobem czas,kiedy byłoby to możliwe ma nazwę "nigdy",bo zawsze jest jakaś przeszkoda.
Postawienie wszystkiego na jedną kartę chyba było więc jedyną możliwością. Tylko trochę mnie przestraszyło,uznałam,że nie sprostam temu,co sobie wymyśliłam,zamiast wylizywać dom od podłóg po sufity,sporo czytałam,fanaberyjnie wybierając sobie ,co zrobię dziś,a może jutro,a może za tydzień-.tak,zdecydowanie w przyszłym tygodniu. Usiłowałam schować się sama przed sobą,bo w moich wyobrażeniach wyglądało to przecież inaczej-miałam mnóstwo energii,a mój dom i ja też wyglądałam jak
"żona ze Stepford". A tu.... z jednej strony byłam zachwycona,że właśnie rozpoczynam wymarzoną karierę Kury Domowej ( w moim przypadku raczej Papużki Domowej,jak mówi mój Ukochany), a z drugiej-było do zrobienia,nadrobienia tyle rzeczy,że nie wiedziałam od czego zacząć,co zrobić najpierw,więc nie robiłam nic,chowając się i przed światem i przed samą sobą....
Ale dziś postanowiłam uwolnić się sama z niewoli,w którą się wzięłam. Nic nie muszę,wszystko mogę,jeśli tylko chcę....wystarczy ,że zrobię krok,nie muszę skakać,bo nikt-oprócz mnie samej-tego ode mnie nie oczekuje.
piątek, 12 kwietnia 2013
Przebudzenie po zimie
Pogoda się powolutku poprawia i widać już tendencję zwyżkową,jeśli chodzi o temperaturę i częstotliwość
pojawiania się słońca na niebie. Poprawa aury sprawia,że zaczynam się wybudzać z zimowego zalegiwania pod kocykiem na kanapie z książką i pojawia się ochota do większej aktywności w domu i poza nim. Nabieram ochoty na spacery,rower schowany w piwnicy już zaczyna zbierać się do wyjścia na coroczną konserwację,chce mi się wprowadzić nowe porządki w szafie i upiec coś dobrego:)))
Jedząc ostatnio bułkę z kiełbasą (kiełbasą,która mój Ojciec własnoręcznie uwędził) nagle zadałam sobie pytanie:po co właściwie biegam w soboty skoro świt do tego sklepu,w którym sprzedają takie dobre bułki? Właściwie dlaczego sama sobie tych bułek nie upiekę? W końcu lubię bułki,które nie są nadmuchane powietrzem,tylko mają dużo "bułki w bułce",dlatego tak ganiam do tego oddalonego sklepu...
Znalazłam przepis na jednym z blogów kulinarnych i w tę sobotę piekę bułki,a nawet posunę się o krok dalej i upiekę drożdżówki z nadzieniem,bo właściwie po co ja kupuje drożdżówki,które mogę upiec sama??
Lubię gotować i lubię piec,co chwila przychodzi mi do głowy coś,co mogłabym zrobić sama,zamiast kupować w sklepie (ostatnio hitem były ciasteczka owsiane). Mam w biblioteczce domowej kilka książek kucharskich,ale od dawna wolę zaglądać na blogi kulinarne,tam można znalezć przepis na dosłownie każdą potrawę,którą akurat chciałabym przygotować,albo też propozycje,jak wykorzystać składniki,na które akurat nie mam pomysłu.
Ulegam też coraz bardziej powszechnej modzie na robienie własnoręcznie rzeczy,które przywykłam kupować w sklepie, są to oczywiście wszelkiego rodzaju ciasta,ciasteczka,chleb,bułki,a jak zaczną się odpowiednie owoce i warzywa,to i własne przetwory,jakiś dżemik,lub marmolada:))
W zalewających nas konserwantach,hormonach i antybiotykach zawartych w sklepowej żywności,robienie większości rzeczy we własnym zakresie,staje się po prostu bezcenne. Bo tylko tego możemy być pewni-że zdrowe i smaczne jest to,co zrobiliśmy sami....
pojawiania się słońca na niebie. Poprawa aury sprawia,że zaczynam się wybudzać z zimowego zalegiwania pod kocykiem na kanapie z książką i pojawia się ochota do większej aktywności w domu i poza nim. Nabieram ochoty na spacery,rower schowany w piwnicy już zaczyna zbierać się do wyjścia na coroczną konserwację,chce mi się wprowadzić nowe porządki w szafie i upiec coś dobrego:)))
Jedząc ostatnio bułkę z kiełbasą (kiełbasą,która mój Ojciec własnoręcznie uwędził) nagle zadałam sobie pytanie:po co właściwie biegam w soboty skoro świt do tego sklepu,w którym sprzedają takie dobre bułki? Właściwie dlaczego sama sobie tych bułek nie upiekę? W końcu lubię bułki,które nie są nadmuchane powietrzem,tylko mają dużo "bułki w bułce",dlatego tak ganiam do tego oddalonego sklepu...
Znalazłam przepis na jednym z blogów kulinarnych i w tę sobotę piekę bułki,a nawet posunę się o krok dalej i upiekę drożdżówki z nadzieniem,bo właściwie po co ja kupuje drożdżówki,które mogę upiec sama??
Lubię gotować i lubię piec,co chwila przychodzi mi do głowy coś,co mogłabym zrobić sama,zamiast kupować w sklepie (ostatnio hitem były ciasteczka owsiane). Mam w biblioteczce domowej kilka książek kucharskich,ale od dawna wolę zaglądać na blogi kulinarne,tam można znalezć przepis na dosłownie każdą potrawę,którą akurat chciałabym przygotować,albo też propozycje,jak wykorzystać składniki,na które akurat nie mam pomysłu.
Ulegam też coraz bardziej powszechnej modzie na robienie własnoręcznie rzeczy,które przywykłam kupować w sklepie, są to oczywiście wszelkiego rodzaju ciasta,ciasteczka,chleb,bułki,a jak zaczną się odpowiednie owoce i warzywa,to i własne przetwory,jakiś dżemik,lub marmolada:))
W zalewających nas konserwantach,hormonach i antybiotykach zawartych w sklepowej żywności,robienie większości rzeczy we własnym zakresie,staje się po prostu bezcenne. Bo tylko tego możemy być pewni-że zdrowe i smaczne jest to,co zrobiliśmy sami....
środa, 3 kwietnia 2013
Po świętach powinna przyjść wiosna
Po świątecznym obżarstwie,po świątecznym lenistwie,uczczonym lekturą "Dzieci Heidi"(pierwsze,co wpadło mi w ręce w biblioteczce rodziców,okazało się być nagrodą za osiągnięcia szkolne mojej siostry Kasi :)),po tych wszystkich zaleganiach na kanapie na przemian z książką i przed telewizorem-powinna przyjść wiosna,a z nią-tak wyczekiwana energia życiowa.
Niestety,za oknem śnieg i plucha,czasem wrednie zaświeci słońce. Wrednie-bo tylko na chwilę,narobić nadziei na poprawę aury i nastroju,tylko po to,by za chwilę zniknąć za zasłoną całkiem porządnego śniegu,którego nie powstydziłby się grudzień. Ale zostawię grudnia razem z jego wstydliwymi,łysymi i bezopadowymi świętami,zajmę się kwietniem.
W kwietniu powinno przyjść słońce i ten pierwszy moment,kiedy wychodząc z domu spoglądam w niebo i nagle czuję już na pewno-nadchodzi wiosna! Jeszcze jej niby nie widać,nie słychać, nawet w gruchaniu gołębi na podwórku,ani w szczekaniu psów,ale już w niewiarygodny sposób mam pewność,że ani się obejrzę,a ona już będzie,nagle pewnego dnia trawa okaże się być zielona,co skrywała podstępnie od wielu dni,niebo okaże się być coraz częściej niebieskie,a nie szare,drzewa zaczną szumieć,a nie skrzypieć.
I wtedy nagle dopada nas pierwotna chęć....sprzątania...
Mam na myśli nie tylko porządki w domu,na podwórku i w ogrodzie,ale też zmiany,których nagle chcemy dokonać w swoim małym,własnym świecie>
Diety,które dotąd odkładałyśmy na bliżej niesprecyzowane "potem", odwaga by podjąć trudne lub ryzykowne decyzje-to wszystko domena wiosennego napływu energii,która od wieków jest związana z tym wyjątkowym czasem,z tą porą roku. Sprzątanie całego domu od góry do dołu też wiąże się z wymiataniem starego i gotowością na przyjęcie nowego. Wypucowanie mieszkania ma na celu symboliczne zamknięcie pewnego rozdziału i gotowość na nowe początki,bo wiosna to czas powracania do życia,budzenia się,pozbywania wszystkiego,co w poprzednim roku nazbierało się nam w życiu. To koniec niepowodzeń,chorób,złych relacji z ludzmi i ze sobą samym,to odwaga,by zacząć znowu,jeszcze raz,będąc mądrzejszym o jedno lato,jedną jesień i jedną zimę,bardzo długą zimę...
Niestety,za oknem śnieg i plucha,czasem wrednie zaświeci słońce. Wrednie-bo tylko na chwilę,narobić nadziei na poprawę aury i nastroju,tylko po to,by za chwilę zniknąć za zasłoną całkiem porządnego śniegu,którego nie powstydziłby się grudzień. Ale zostawię grudnia razem z jego wstydliwymi,łysymi i bezopadowymi świętami,zajmę się kwietniem.
W kwietniu powinno przyjść słońce i ten pierwszy moment,kiedy wychodząc z domu spoglądam w niebo i nagle czuję już na pewno-nadchodzi wiosna! Jeszcze jej niby nie widać,nie słychać, nawet w gruchaniu gołębi na podwórku,ani w szczekaniu psów,ale już w niewiarygodny sposób mam pewność,że ani się obejrzę,a ona już będzie,nagle pewnego dnia trawa okaże się być zielona,co skrywała podstępnie od wielu dni,niebo okaże się być coraz częściej niebieskie,a nie szare,drzewa zaczną szumieć,a nie skrzypieć.
I wtedy nagle dopada nas pierwotna chęć....sprzątania...
Mam na myśli nie tylko porządki w domu,na podwórku i w ogrodzie,ale też zmiany,których nagle chcemy dokonać w swoim małym,własnym świecie>
Diety,które dotąd odkładałyśmy na bliżej niesprecyzowane "potem", odwaga by podjąć trudne lub ryzykowne decyzje-to wszystko domena wiosennego napływu energii,która od wieków jest związana z tym wyjątkowym czasem,z tą porą roku. Sprzątanie całego domu od góry do dołu też wiąże się z wymiataniem starego i gotowością na przyjęcie nowego. Wypucowanie mieszkania ma na celu symboliczne zamknięcie pewnego rozdziału i gotowość na nowe początki,bo wiosna to czas powracania do życia,budzenia się,pozbywania wszystkiego,co w poprzednim roku nazbierało się nam w życiu. To koniec niepowodzeń,chorób,złych relacji z ludzmi i ze sobą samym,to odwaga,by zacząć znowu,jeszcze raz,będąc mądrzejszym o jedno lato,jedną jesień i jedną zimę,bardzo długą zimę...
piątek, 29 marca 2013
Ulepię sobie Zajączka..
Nadchodzą białe święta,jak wspaniale...Szkoda tylko,że to nie te święta,co zwykle chcemy,żeby były białe;)) Te,co nadchodzą,miały być zielone. Raczej jednak nie zdążą.
Jednakowoż-wolne dni będą,niezależnie od koloru,rodzina będzie-niezależnie od temperatury, dobra książka będzie-bo zawsze jest.
Ostatnio zaczęły mnie interesować książki biograficzne,bądz też nawet autobiograficzne. Do tej pory jedyna autobiografia,która przeczytałam,czyhając w księgarniach na każdy kolejny tom,to był cykl "Autobiografii"
Joanny Chmielewskiej.Lektura wciągająca,czyta się to jednym tchem,od deski,do deski,dokładnie tak samo,jak inne książki tej autorki ("Lesio","Dzikie białko","Wszystko czerwone","Całe zdanie nieboszczyka" i mnóstwo innych). Nie wiem właściwie,dlaczego do tej pory nie przeczytałam autobiografii Agathy Christie,na której to autobiografii wzorowane są wspomnienia J.Chmielewskiej. Dziwnym trafem pozostaje ta książka w kategorii "upragnione,zaplanowane,nieprzeczytane".
Natomiast zaraz po wydaniu,kupiłam "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" Artura Andrusa,biografia Marii Czubaszek napisana z takim polotem,że skończyłam ja w dniu zakupu i czułam niedosyt.
Pani Maria Czubaszek jest postacią o nieco kostycznym poczuciu humoru,który mnie akurat bardzo odpowiada,jest osobą znaną z kontrowersyjnych wypowiedzi,jak również z kontrowersyjnych poglądów,co również mi bardzo odpowiada,chociaż nie wszystkie poglądy Pani Czubaszek zgadzają się z moimi.
Poglądy i wypowiedzi Pani Czubaszek sprawiają,że jest ona nadal osobą niebanalną,której wypowiedzi i przemyślenia bawią i zaskakują nieodmiennie od lat.Artur Andrus-jeden z moich ulubionych kabareciarzy,którego monologi wypowiadane z poważna miną i lekko przez zęby ciągle rozśmieszają publiczność do łez. Nie należy też zapomnieć o rolach obojga autorów książki w serialu "Spadkobiercy",bijącym na głowę dostępne w TV seriale.
Współpraca tych dwóch niepowtarzalnych osobowości zaowocowała powstaniem doskonałej książki,która wciąga i bawi od pierwszej do ostatniej strony.
O kolejnej biografii wartej uwagi napiszę następnym razem,gdyż nie mieści się ona w dzisiejszej konwencji postu o lekturze pogodnej i skłaniającej do śmiechu...
A teraz,cóż...chyba jednak pójdę ulepić Wielkanocnego Zajączka z tego śniegu,który-jestem o tym głęboko przekonana-dziś zaskoczył drogowców....
Jednakowoż-wolne dni będą,niezależnie od koloru,rodzina będzie-niezależnie od temperatury, dobra książka będzie-bo zawsze jest.
Ostatnio zaczęły mnie interesować książki biograficzne,bądz też nawet autobiograficzne. Do tej pory jedyna autobiografia,która przeczytałam,czyhając w księgarniach na każdy kolejny tom,to był cykl "Autobiografii"
Joanny Chmielewskiej.Lektura wciągająca,czyta się to jednym tchem,od deski,do deski,dokładnie tak samo,jak inne książki tej autorki ("Lesio","Dzikie białko","Wszystko czerwone","Całe zdanie nieboszczyka" i mnóstwo innych). Nie wiem właściwie,dlaczego do tej pory nie przeczytałam autobiografii Agathy Christie,na której to autobiografii wzorowane są wspomnienia J.Chmielewskiej. Dziwnym trafem pozostaje ta książka w kategorii "upragnione,zaplanowane,nieprzeczytane".
Natomiast zaraz po wydaniu,kupiłam "Każdy szczyt ma swój Czubaszek" Artura Andrusa,biografia Marii Czubaszek napisana z takim polotem,że skończyłam ja w dniu zakupu i czułam niedosyt.
Pani Maria Czubaszek jest postacią o nieco kostycznym poczuciu humoru,który mnie akurat bardzo odpowiada,jest osobą znaną z kontrowersyjnych wypowiedzi,jak również z kontrowersyjnych poglądów,co również mi bardzo odpowiada,chociaż nie wszystkie poglądy Pani Czubaszek zgadzają się z moimi.
Poglądy i wypowiedzi Pani Czubaszek sprawiają,że jest ona nadal osobą niebanalną,której wypowiedzi i przemyślenia bawią i zaskakują nieodmiennie od lat.Artur Andrus-jeden z moich ulubionych kabareciarzy,którego monologi wypowiadane z poważna miną i lekko przez zęby ciągle rozśmieszają publiczność do łez. Nie należy też zapomnieć o rolach obojga autorów książki w serialu "Spadkobiercy",bijącym na głowę dostępne w TV seriale.
Współpraca tych dwóch niepowtarzalnych osobowości zaowocowała powstaniem doskonałej książki,która wciąga i bawi od pierwszej do ostatniej strony.
O kolejnej biografii wartej uwagi napiszę następnym razem,gdyż nie mieści się ona w dzisiejszej konwencji postu o lekturze pogodnej i skłaniającej do śmiechu...
A teraz,cóż...chyba jednak pójdę ulepić Wielkanocnego Zajączka z tego śniegu,który-jestem o tym głęboko przekonana-dziś zaskoczył drogowców....
piątek, 22 marca 2013
Pogoda dla bogaczy
Pogoda dla bogaczy to ta,która znajduje się w innej strefie czasowej,do której podróż można sobie wykupić....Barbados,Wyspy Bahama,drinki z palemką;))
Dla nie-bogaczy wyjściem jest kocyk,gorąca herbata z miodem i imbirem,oraz dobra,wciągająca książka.
Dziś,po rozpoczęciu astronomicznej i kalendarzowej wiosny jest to bardzo wskazana praktyka,ponieważ wiosna najwyrazniej nie dosłyszała,że się zaczęła i chwilowo przebywa gdzie indziej. Możliwe,że baluje gdzieś razem z pogodą dla bogaczy. W oczekiwaniu na jej przybycie,lekko spóznione i całkowicie pomijające założenia astronomii jak i kalendarza,zalecam sobie i wszystkim molom,spędzenie tego oczekiwania na czytaniu naprawdę dobrej książki,najlepiej w ciepłym domu,gdzie obok w kojcu poleguje nasz pies i cicho szemrze radio.
Ja dzisiejszy wieczór spędzę w towarzystwie Deana R.Koontza ,przy jego "Dobrym zabójcy".
Książka ta,jak wszystkie,bez wyjątku,książki Koontza,nieodmiennie nastraja pozytywnie i optymistycznie i zapewnia ,że dobro zawsze zwycięża,a na domiar tego-dobro zawsze pokonuje zło.
W książkach tego autora urzeka mnie lekkość,z jaką się czyta kolejne historiei,historie na pograniczu fantastyki,które jednak nie wydają się na tyle nierzeczywiste,żeby gdzieś,w głębi duszy nie zapragnąć spotkania z niesamowicie mądrym psem ("Opiekunowie"),czy skromnym i głęboko uczuciowym jasnowidzem ("Odd Thomas"),czy innymi bohaterami,którzy są kryształowo czyści,uczciwi,aczkolwiek nie sprawiają wrażenia istot z kosmosu i w tajemniczy sposób,za sprawą niezwykłej narracji autora-wpisują się w rzeczywistość.
Ponadto wraca się do jego książek jak do ukochanych przyjaciół,o których nagle sobie przypominamy i natychmiast chcemy się z nimi spotkać,wybierając za każdym razem tę,która najlepiej skomponuje się akurat dzisiaj z naszym nastrojem,a nawet z pogodą za oknem...
Dla nie-bogaczy wyjściem jest kocyk,gorąca herbata z miodem i imbirem,oraz dobra,wciągająca książka.
Dziś,po rozpoczęciu astronomicznej i kalendarzowej wiosny jest to bardzo wskazana praktyka,ponieważ wiosna najwyrazniej nie dosłyszała,że się zaczęła i chwilowo przebywa gdzie indziej. Możliwe,że baluje gdzieś razem z pogodą dla bogaczy. W oczekiwaniu na jej przybycie,lekko spóznione i całkowicie pomijające założenia astronomii jak i kalendarza,zalecam sobie i wszystkim molom,spędzenie tego oczekiwania na czytaniu naprawdę dobrej książki,najlepiej w ciepłym domu,gdzie obok w kojcu poleguje nasz pies i cicho szemrze radio.
Ja dzisiejszy wieczór spędzę w towarzystwie Deana R.Koontza ,przy jego "Dobrym zabójcy".
Książka ta,jak wszystkie,bez wyjątku,książki Koontza,nieodmiennie nastraja pozytywnie i optymistycznie i zapewnia ,że dobro zawsze zwycięża,a na domiar tego-dobro zawsze pokonuje zło.
W książkach tego autora urzeka mnie lekkość,z jaką się czyta kolejne historiei,historie na pograniczu fantastyki,które jednak nie wydają się na tyle nierzeczywiste,żeby gdzieś,w głębi duszy nie zapragnąć spotkania z niesamowicie mądrym psem ("Opiekunowie"),czy skromnym i głęboko uczuciowym jasnowidzem ("Odd Thomas"),czy innymi bohaterami,którzy są kryształowo czyści,uczciwi,aczkolwiek nie sprawiają wrażenia istot z kosmosu i w tajemniczy sposób,za sprawą niezwykłej narracji autora-wpisują się w rzeczywistość.
Ponadto wraca się do jego książek jak do ukochanych przyjaciół,o których nagle sobie przypominamy i natychmiast chcemy się z nimi spotkać,wybierając za każdym razem tę,która najlepiej skomponuje się akurat dzisiaj z naszym nastrojem,a nawet z pogodą za oknem...
środa, 20 marca 2013
Pierwsza satysfakcja,pierwsza książka:))
Pierwszą,samodzielnie przeczytaną przeze mnie książką była "Wycieczka-ucieczka",autora już nie pamiętam,książka też gdzieś zniknęła po latach. Miałam może 7-8 lat i była to pierwsza "gruba" książka,przez którą z trudem przebrnęłam,nie rozumiejąc połowy tekstu. Ale przebrnęłam.Przeczytałam ją sama,bo rodzicom już się zwyczajnie nie chciało,a ja chodziłam za ojcem i miauczałam:"poczytaj mi,poczytaj". Ojciec,chcąc się pozbyć marudy,wyciągnął byle co,byle było dość grube i na jakiś czas trzymało namolnego bachora z daleka od niego:)))
Każde kolejne czytanie tej książki sprawiało mi coraz większą przyjemność,coraz szybciej czytałam ze zrozumieniem i pewnie dlatego tak dobrze pamiętam uczucie satysfakcji,które mnie ogarnęło,kiedy sobie z nią poradziłam.
Kiedy dorosłam i urodziłam własne dziecko,postanowiłam,że moja córka nie będzie czekała aż do 7 roku życia,żebym zachęciła ja do czytania i oswoiła z książkami.
Najpierw kupowałam króciutkie bajeczki i codziennie czytałam je na dobranoc,wtedy też moje dziecko nauczyło się,że książek nie wolno drzeć,ani po nich pisać. Te bajeczki leżą schowane,bo mam nadzieję,że kiedyś dziecko mojej córki będzie ich słuchało wieczorami.
Potem przyszedł czas na "większe" bajki- baśnie braci Grimm,wierszyki Jana Brzechwy i Marii Konopnickiej,no i -oczywiście-nieśmiertelna "Lokomotywa",oraz baśnie Andersena.
Czytając dziecku baśnie przed zaśnięciem wracałam do czasów,kiedy sama je czytałam. W miarę upływu lat stajemy się-we własnym mniemaniu-zbyt poważni i dorośli,żeby sięgać po książki z dzieciństwa,w ciągłym biegu i głodzie nowych rzeczy,nie mamy czasu zatrzymać się,a może nawet cofnąć do czasów,kiedy byliśmy tak beztroscy,tacy prostolinijni.A warto na chwilę cofnąć się w czasie...:)) Czytanie bajek naszym własnym dzieciom jest ku temu doskonałą okazją i stanowi dobre wytłumaczenie dla nas samych,jeśli go potrzebujemy. Zbliża nas do własnych dzieci i pozwala przez moment spojrzeć na świat ich oczami,kiedy przypominamy sobie,jacy sami byliśmy w ich wieku,co wtedy czuliśmy,co myśleliśmy...
Moja córka ma dziś prawie 16 lat. Czasem przeczyta coś,co jej polecę,z zaskoczeniem zachwyci ją "Polyanna","Harry Potter"czy "Mała Księżniczka", a czasem, lektura polecona przeze mnie jej nie odpowiada. Natomiast ona poleca mi książki,które podobają się teraz nastolatkom w jej wieku: "Zmierzch" lub "Igrzyska Śmierci". Podobały mi się i dostarczyły nam tematu do dyskusji,a ciągle jeszcze jakaś wymarzona książka stanowi doskonały prezent z każdej okazji,nie tylko dla mnie,ale i dla mojej córki...
Każde kolejne czytanie tej książki sprawiało mi coraz większą przyjemność,coraz szybciej czytałam ze zrozumieniem i pewnie dlatego tak dobrze pamiętam uczucie satysfakcji,które mnie ogarnęło,kiedy sobie z nią poradziłam.
Kiedy dorosłam i urodziłam własne dziecko,postanowiłam,że moja córka nie będzie czekała aż do 7 roku życia,żebym zachęciła ja do czytania i oswoiła z książkami.
Najpierw kupowałam króciutkie bajeczki i codziennie czytałam je na dobranoc,wtedy też moje dziecko nauczyło się,że książek nie wolno drzeć,ani po nich pisać. Te bajeczki leżą schowane,bo mam nadzieję,że kiedyś dziecko mojej córki będzie ich słuchało wieczorami.
Potem przyszedł czas na "większe" bajki- baśnie braci Grimm,wierszyki Jana Brzechwy i Marii Konopnickiej,no i -oczywiście-nieśmiertelna "Lokomotywa",oraz baśnie Andersena.
Czytając dziecku baśnie przed zaśnięciem wracałam do czasów,kiedy sama je czytałam. W miarę upływu lat stajemy się-we własnym mniemaniu-zbyt poważni i dorośli,żeby sięgać po książki z dzieciństwa,w ciągłym biegu i głodzie nowych rzeczy,nie mamy czasu zatrzymać się,a może nawet cofnąć do czasów,kiedy byliśmy tak beztroscy,tacy prostolinijni.A warto na chwilę cofnąć się w czasie...:)) Czytanie bajek naszym własnym dzieciom jest ku temu doskonałą okazją i stanowi dobre wytłumaczenie dla nas samych,jeśli go potrzebujemy. Zbliża nas do własnych dzieci i pozwala przez moment spojrzeć na świat ich oczami,kiedy przypominamy sobie,jacy sami byliśmy w ich wieku,co wtedy czuliśmy,co myśleliśmy...
Moja córka ma dziś prawie 16 lat. Czasem przeczyta coś,co jej polecę,z zaskoczeniem zachwyci ją "Polyanna","Harry Potter"czy "Mała Księżniczka", a czasem, lektura polecona przeze mnie jej nie odpowiada. Natomiast ona poleca mi książki,które podobają się teraz nastolatkom w jej wieku: "Zmierzch" lub "Igrzyska Śmierci". Podobały mi się i dostarczyły nam tematu do dyskusji,a ciągle jeszcze jakaś wymarzona książka stanowi doskonały prezent z każdej okazji,nie tylko dla mnie,ale i dla mojej córki...
wtorek, 19 marca 2013
Ludzie blogi piszą......
Pierwsze koty za płoty,blog założony,emocje rozhuśtane na maxa.
Setki ludzi piszą blogi,na wiele z nich sama zaglądam,w poszukiwaniu informacji o rzeczach,które mnie interesują,ale do tej pory nie przyszło mi do głowy,że mogłabym też...sama...
Postanowiłam więc spróbować,bo niby dlaczego nie?
A pisać chciałabym o książkach...pisać,rozmawiać,dyskutować nawet,polecać,zachęcać do czytania.
Książki to mój świat,w którym czuję się doskonale i na miejscu,to świat,bez którego nie wyobrażam sobie egzystencji. To mój własny,domowy lek na całe zło , mój sposób na depresje i zły dzień,sposób na poszerzenie horyzontów i poznawanie nowych rzeczy.
Plotki głoszą,że książek dzisiaj już nikt nie czyta,ale to tylko plotki-codziennie ,w najmniej oczekiwanym momencie,w najdziwniejszych sytuacjach i miejscach-spotykam ludzi,którzy książki czytają.
Niezbyt często my-mole książkowe-mamy okazję o tym porozmawiać,z innymi molami książkowymi.
Dlatego liczę na to,że na tym blogu będę miała okazję spotkać osoby podobne do mnie,które ksiązki kochają,a bez nich nie wyobrażają sobie życia....
Setki ludzi piszą blogi,na wiele z nich sama zaglądam,w poszukiwaniu informacji o rzeczach,które mnie interesują,ale do tej pory nie przyszło mi do głowy,że mogłabym też...sama...
Postanowiłam więc spróbować,bo niby dlaczego nie?
A pisać chciałabym o książkach...pisać,rozmawiać,dyskutować nawet,polecać,zachęcać do czytania.
Książki to mój świat,w którym czuję się doskonale i na miejscu,to świat,bez którego nie wyobrażam sobie egzystencji. To mój własny,domowy lek na całe zło , mój sposób na depresje i zły dzień,sposób na poszerzenie horyzontów i poznawanie nowych rzeczy.
Plotki głoszą,że książek dzisiaj już nikt nie czyta,ale to tylko plotki-codziennie ,w najmniej oczekiwanym momencie,w najdziwniejszych sytuacjach i miejscach-spotykam ludzi,którzy książki czytają.
Niezbyt często my-mole książkowe-mamy okazję o tym porozmawiać,z innymi molami książkowymi.
Dlatego liczę na to,że na tym blogu będę miała okazję spotkać osoby podobne do mnie,które ksiązki kochają,a bez nich nie wyobrażają sobie życia....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

