W moim mieście dwa razy w miesiącu odbywa się giełda staroci. Kilka tygodni temu przejeżdżaliśmy z moim TŻ obok
i bardzo nas to zaciekawiło,bo nigdy żadne z nas na takiej giełdzie nie było. Postanowiliśmy kiedyś zajrzeć.
Kiedyś wypadło kilka dni temu,okazja była ku temu-potrzebny był na gwałt klosz do lampki nocnej,bo za chwilę dziecko wraca z wakacji,a z lampki przy braku klosza wydobywa się taka iluminacja,że oczy bolą.
No to pojechaliśmy na łowy. Nieco pózno pojechaliśmy,więc niektórzy handlarze powoli się już zbierali...
ale co tam oglądaliśmy za cuda :))
Używane ciuchy,buty,naczynia,ozdoby,mosiężne tłuczki,numizmaty,piły ,młotki i inne narzędzia,dzbanki,wazony i lampy,komórki i adaptery,wiklina,niemiecka chemia i słodycze,biżuteria,zabawki...jednym słowem-groch,mydło i powidło :))
No i książki-ceny niewiarygodne-Daukszewicz za 5 zł, Masterton za 7zł,nie miałam siły odejść od stoiska.
Chyba dobrze,że to już była końcówka handlu,bo prawdopodobnie tyle emocji mogłoby mi zaszkodzić.
Spacerowaliśmy tam 3 godziny,które wydawały się nam kilkunastoma minutami. Kupiliśmy dwie książki, western z Clintem Eastwoodem dla Taty,kolczyki w kształcie maleńkich sówek dla Dziecka,niemieckie kakao dla wszystkich, dwa absolutnie cudowne klucze nasadowe dla mojego TŻ,całkowicie niezbędne mu do życia ( po czym jeden natychmiast zgubił,kiedy zatargał go z dumą do pracy).
Klosza do lampki nie kupiliśmy.....
Za dwa tygodnie znowu się wybieramy upolować coś na targu staroci,pojedziemy dużo wcześniej i zabierzemy Dziecko,bo to doskonały sposób na spędzenie kawałka pogodnej,jesiennej niedzieli-chodzić,szperać,podziwiać,pogadać z sympatycznymi handlarzami i czasem upolować coś niezwykłego-na przykład dobrą,starą książke,na co liczę przy następnej wizycie ..;))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz